Jak spędzali czas nasi rodzice i dziadkowie kiedy byli dziećmi ?

0
302

Fragment wspomnień Pani Genowefy Banach z domu Bigos.

Moje zabawy z dzieciństwa to głownie: berek, palant, gra w klasę i chowanego. Była też jazda na fajerce lub obręczy z koła od roweru. Jazda na fajerce polegała na tym, że brało się fajerkę z blachy i pogrzebacz i na tym się jeździło. Blacha to piec kuchenny, ale wtedy mówiło że się gotuje na blasze, pali pod blachą itd. A obręcz to koło od roweru bez szprych, dorabiany był specjalny haczyk z drutu i też się jeździło z górki na pazurki, na wyścigi. A poza tym dzieci miały obowiązek paść krowy, owce czy gęsi. Najfajniej było jesienią, bo był tak zwany ogół. Krowy chodziły po wszystkich łąkach, a my dzieciaki piekliśmy ziemniaki, była bardzo dobra wyżerka i fajna zabawa. Skakało się przez ognisko, na pewno to głupie i niebezpieczne, ale dzieciaki muszą się wyżyć. Gdy już byłam w siódmej klasie, uzgodniliśmy z pozostałymi uczniami, że lekturę będziemy czytać wieczorami wspólnie. W ten sposób 2 lub 3 razy w tygodniu spotykaliśmy się kolejno u każdej uczennicy. To była frajda przeczytaliśmy jeden lub dwa rozdziały, a reszta to były wygłupy, albo pieczenie cukierków. Każda przynosiła po trochu cukru i były robione irysy albo krówki w zależności, co dodaliśmy do cukru wodę czy mleko. Zazwyczaj były to mordoklejki, ale w moich czasach był to rarytas. Było też przebieranie się za różne postacie, za diabłów i aniołów. Od czasu do czasu. Pan Szymajda pozwalał nam czytać w szkole. Tam było najfajniej, nie było czytania lektury, tylko różne gry i wygłupy. Zamykaliśmy się w szkole przychodziły chłopaki pozakrywali okna mapami ze stojaka. Graliśmy w różne gry i opowiadaliśmy przeróżne historie. Czytanie było przy lampie naftowej, bo wtedy Lubocz nie miała prądu. Już później po skończeniu szkoły spotykaliśmy się wieczorami. Chodziło się z tzw. robotą. Polegało to na tym, że robiliśmy robótki ręczne to jest haftowanie wyszywanie i robótki na drutach. Robiliśmy skarpety, swetry oraz wyszywaliśmy serwetki, obrusy i jaśki, bo wtedy była na to moda. A jeszcze szydełkowaliśmy i to wszystko przy lampie naftowej. Dopiero na początku lat sześćdziesiątych z elektryfikowano Lubocz. To dopiero była radość jak zabłysło światło w żarówce. Na początku, co chwila się zapalało, czy rzeczywiście to światło jest, po prostu trudno było uwierzyć. Wtedy zaczęło się inne życie, można było włączyć radio czy adapter „Bambino” bo taki miałam.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

3 × one =